Nigdy nie przejmowałam się matką oraz dalsza rodziną, szczególnie po wyprowadzce z tej zawszonej wsi, którą przez bite dziewiętnaście lat nazywałam własnym moją maleńką ojczyzną. Parę domów na krzyż, każdy każdego znał, w niedziele wszyscy chodzili na tą samą godzinę do kościoła, na mszę. Dzieciaki były wychowywane w przekonaniu, ze najważniejsze jest to, co ludzie o tobie myślą i mówią. Plotki szybko się roznosiły, szczególnie te najgorętsze, najciekawsze... Jak na przykład...No czy ja wiem. Może... Adopcja? Na wiosce zawsze jest trudniej ludziom wyróżniającym się z szarego tłumu, buntownikom. Jeżeli mam być szczera przeżyłam tam piekło w czystej, ognistej postaci. Jak byłam mała marzyłam o księciu z bajki, który przyjedzie na rumaku i mnie uratuje. Jeszcze kiedy żył ojciec było okej. Miałam oparcie w kimś dorosłym. Ale tuż przed moimi siedemnastymi urodzinami zachorował na raka i po dwóch miesiącach zmarł. Jego organizm był zbyt słaby, a chemioterapia dodatkowo go wycieńczyła. Oczywiście wyprawiono wielki pogrzeb, a po nim jeszcze większa stypę. Niby wszyscy powinni płakać ( a przynajmniej większość obecnych) , a oni... Bawili się w najlepsze. Chyba jedynymi osobami, które nie miały ochoty na wielką biesiadę byłyśmy ja i moja o cztery lata młodsza siostra Mary. Co do Mary w wiosce uznawana była za boski cud. Matka była przez wiele lat bezpłodna, a jednak udało jej się zajść w ciąże. Dziewczynka od małego chętnie chodziła do kościoła, miała wzięcie u porządnych chłopaków, chodziła z nimi na potańcówki, na nabożeństwa, msze, krótkie, niedzielne spacery. Mimo, że byłyśmy tak różne, od zawsze łączyła nas głęboka i silna więź.
Matka zawsze powtarzała Mary, ze powinna ograniczyć nasz kontakt do minimum. W końcu zarówno ja, jak i mój... nasz... jej ojciec uchodziliśmy we wsi za belzebubów, bezbożników, notorycznych grzeszników, bez szansy na zbawienie. „Pójdziesz do piekła, niewdzięcznico – mówiły mi starsze panie – Bóg zesłał cię tu, żebyś była dla nas przestrogą!” . Nikt w tym miejscu, zapomnianym przez Stwórcę i cywilizowanych ludzi, mnie nie lubił. Dzieciaki w szkole wyśmiewały się ze mnie, szydziły, tępiły za to, że nie chodziłam tak jak każdy grzeczny uczeń co niedziela na chór i na mszę. Ksiądz, jedyny jaki był w naszej wsi, traktował mnie jak dzieło szatana. Za każdym razem, kiedy go mijałam czynił znak krzyża i mruczał coś pod nosem. Chyba egzorcyzmy.
Marzyłam, aby się stamtąd wyrwać. Aby zostawić to wszystko w cholerę i wyjechać...
Pamiętam jak każdego wieczoru w drzwiach mojego pokoju pojawiała się uśmiechnięta twarz Mary. Badała sytuację i mój humor zanim weszła. A jeżeli to zrobiła siadała na moim łóżku i długo gadałyśmy. Czasami nawet i do świtu. Obie lubiłyśmy siadać wtedy na szerokim parapecie i obserwować wschód słońca. Rozmawiałyśmy praktycznie o wszystkim; o uczuciach, chłopakach, szkole, naszych problemach... Kochałam ten czas, kiedy pokój wypełniał świat, a my opierałyśmy się o zimną ścianę, siedząc na mahoniowych panelach i piłyśmy tanie wino, ukradkiem przemycone do pokoju.
Ale to, co minęło – nie wróci. Od czasu, kiedy wyprowadziłam się z domu nasze kontakty ograniczyły się do krótkich i odbywanych niezwykle rzadko, rozmów telefonicznych...
Ona miała swój własny świat, a ja swój. Nasze serca dzieliły miliony mil, chociaż kiedyś byłyśmy tak blisko. Teraz ona nie znała mnie, a ja jej.
Stałyśmy się dla siebie obce.
* * *
Samochód jechał przez pustą polną drogę, a w jego wnętrzu rozbrzmiewała głośna muzyka. Słońce świeciło mi prosto w oczy, wiatr rozwiewał mi włosy ( kochałam jeździć z otwartymi oknami, zarówno po stronie kierowcy, jak i pasażera), a usta samoistnie wyśpiewywały słowa piosenki, która akurat leciała. Robiłam wszystko, aby nie myśleć o wczorajszym wieczorze, a raczej o jego przykrej końcówce. Musiałam, po prostu musiałam, pokłócić się z tym tlenionym kretynem. On się upił – ja niestety byłam trzeźwa. Pocieszeniem dla mnie było to, że jego piękna, sztuczna i młoda laska olała go dla obiecującego, dwudziestoparoletniego gwiazdora indie rocka.
Właśnie o to poszło. Nie obyło się bez mojego ciętego komentarza i wjazdu na wielkie ego młodszego Leto. W sumie, mało co mu tej buźki nie obiłam. A uwierzcie mi – potrafiłabym to zrobić. Nie wiem tylko jak zniosła by to jego armia moherowych beretów. Chyba źle.
- No co? - zakpiłam z Pana Gwiazdy – Dotarło do ciebie, że już nie ta forma, nie ten wiek, nie ta uroda? Takie laski jak ona wolą młodszych. Są bardziej cool.
- Wybacz, nie wydaje mi się, żebyś mogła coś na ten temat wiedzieć – uśmiechnął się chamsko - Przecież i tak żaden cie nie chce. Wolałbym już chyba zostać gejem niż dotknąć ciebie. Ale czekaj... Może jesteś lesbijką?
- Leto, tracę do ciebie cierpliwość. Ostrzegam.
- A może... Jesteś taka bo ktoś cię porzucił? Bawił się tobą i zostawił? Dziwisz się? Takie jak ty zasługują jedynie na taki los. Jesteś nikim, mała. Ciesz się, że miałaś możliwość porozmawiania z tak cudownym mężczyzną, jakim jestem ja. Wiem, że o mnie marzysz, ale przykro mi, gdyż muszę cię rozczarować...
Nie słuchałam go, ponieważ po tych słowach i kolejnym bolesnym wspomnieniu Mike'a rzuciłam się na niego. Gdyby nie Szef, który stał w pobliżu wydrapałabym mu oczy...
Zdecydowanie za dużo rozmyślam, rozpamiętuje i wspominam. Powinnam zostawić to w cholerę i skupić się na teraźniejszości. Nie patrzeć w przód, ani w dal, tylko rozkoszować się chwilą. Za niedługo dotrę do wsi, w której spędziłam dzieciństwo i w końcu zobaczę się z siostrą ( co jest wielkim plusem) i matką ( ten wariant zaliczamy jako wielki minus).
Spojrzałam w boczne lusterko i dostrzegając, że nikogo nie ma na owej drodze poza mną przyspieszyłam z 80 na 130 km/h. Pogłośniłam muzykę, leciała obecnie jakaś rytmiczna rockowa piosenka z ostrą linią gitar i melodyjnym wokalem. Zaczęłam głośno się wydzierać, czując się jak pani tego miejsca i ogólnie całego świata, jednocześnie prowadząc samochód, z każdą chwilą przyspieszając.
Chciałam całą drogę mieć już za sobą. Znów zobaczyć te fałszywie przyjazne twarze, stare domy poprzeplatane z nowoczesnymi zabudowaniami, ten sam stary kościół i proboszcza siedzącego przed nim. Kątem oka spoglądałam w bok i spostrzegłam tak znane mi łąki, na które jeździło się z Mary na rowerach. Zaparkowałam samochód na uboczu i wybiegłam z niego, wpadając w suchą trawę. Im bardziej oddalałam się od auta, tym bardziej oddalałam się od rzeczywistości. Obracałam się wokół własnej osi, przymknęłam powieki, pozwalając, aby obrazy z przeszłości, słodko-gorzkie wspomnienia ogarnęły moją głowę. Upadłam na ziemię i, lekko ,mrużąc oczy, wpatrywałam się w bezchmurne niebo. Wszystko dopadło mnie zbyt szybko. Dlatego nie znosiłam tutaj przyjeżdżać. Byłam zła na siebie, za to, że zostawiłam w tym okropnie zacofanym miejscu ukochaną siostrę i przyjaciółkę. Jedna osoba, a tak dla mnie ważna.
Wstałam, lekko się ociągając, i ponownie zasiadłam za kółkiem. Tym razem jechałam wolniej, patrząc na każdy mijany dom. Niedługo potem przywitała mnie wielka, obdrapana tablica z napisem : „Salt”. Moja kochana, zacofana wiosko – witaj!
Będąc w tym miejscu człowiekowi wydaje się, jak by czas wcale nie płynął. Te same twarze, te same domy, te same budynki. Jeden sklep, świetlica, biblioteka i szkoła oraz kościół.
Z piskiem opon zaparkowałam pod wielkim białym domem, na końcu głównej ulicy. Wyszłam z samochodu i skierowałam się do sklepu po wodę mineralną. Przywitało mnie nieprzyjazne spojrzenie starej i zrzędliwej sprzedawczyni, Elisabeth.
- Wróciłaś, mała niewdzięcznico, niczym syn marnotrawny.
- Panią też miło widzieć – mruknęłam – Wodę mineralną, proszę.
- Nie mogłaś sobie tam, w tej twojej metropolii jej kupić? Tylko starą kobietę męczysz. Ale tak, ty niewdzięcznico, robisz to specjalnie. Zobaczysz, Bóg cię ukarze.
Podała mi jednak tą wodę, a ja zapłaciłam. Kiedy wychodziłam, słyszałam jeszcze jak mruczy coś na temat bogatych smarkul, które wypinają się na własne gniazdo. Przepraszam bardzo, matka nigdy mi nic nie dawała, dlaczego więc ja miałam przesyłać jej pieniądze, szczególnie, że ona za wszelką cenę chciała zatrzymać mnie tu, na tym pieprzonym końcu świata?
Weszłam do domu, w którym jeszcze tak nie dawno mieszkałam i zaczęłam rozglądać się po pokojach. Matka utrzymywała tutaj poziom, w końcu była sołtysem.
- Mary? Jesteś? - krzyknęłam. - Mary?
Weszłam na piętro, gdzie znajdował się pokój mojej siostry i doznałam szoku. Leżała bez ruchu, ale żyła. Była po prostu do nieprzytomności naćpana. I to ciało... Wychudzone, mizerne, trupio blade.
- Mary? Hej, Mary. Obudź się – delikatnie nią potrząsnęłam – Budzimy się... Już, już.
- Spierdalaj mam... O, Charlie. W końcu przyjechałaś. Zabierz mnie stąd... Nie dała mi kurwa kasy na studia, już rok siedzę tu i nic nie robię. A ludzie mają mnie za szatana.
- Ale pójdziesz się leczyć. Kochanie, masz anoreksję.
- Wiem... - szepnęła – Myślałam, że to zwróci jej uwagę. Ale nie... Tylko kolejne kpiny kierowane w moim kierunku.... Zabierz mnie stad... Pomóż mi.
- Po to przyjechałam. Bierz to co najpotrzebniejsze, pakuj się i jedziemy. A gdzie matka?
- Na dole. W piwnicy.
- Poczekaj na mnie przed domem. Załatwię pewną sprawę i dołączę do ciebie.
* * *
Siedziała w tej piwnicy nad butelką wina, na wpół opróżnioną. W naszej wsi ludzie przeważnie dużo i często pili, czy to młodzi, czy starzy. Podeszłam do niej, zwalając butelkę na podłogę. Obruszyła się i chwiejnym krokiem podniosła ciało do pionu, stając ze mną twarzą w twarz i chuchając mi, nieprzyjemną wonią starej pijaczyny, prosto w nozdrza.
- Po co tu wróciłaś? Wszystkim ulżyło, jak nas zostawiłaś i wyjechałaś do tego piekielnego Los Angeles.
- Nie dla ciebie, alkoholiczko. Wróciłam po Mary.
Zaklęła i stanęła jeszcze bliżej mnie, wytrzeszczając nienaturalnie oczy.
- Nigdzie jej nie zabierzesz, ona zostaje tutaj!
- Nie tobie o tym decydować. Jest pełnoletnia i może odpowiadać za siebie. Przyszłam jedynie powiedzieć ci, że i dla mnie, i dla niej byłaś najgorszą matką pod słońcem. Zawsze bardziej liczyło się dla ciebie zdanie innych, od naszego. To im bardziej wierzyłaś. Obcym ludziom. Od kiedy pamiętam liczyłyśmy tylko na siebie. Ty nas nie kochałaś. Cieszę się, że to już za mną....
Rzuciłam jej ostatnie pełne politowania spojrzenie, kopnęłam butelkę i wyszłam zatrzaskując za sobą głośno drzwi. Mary czekała już przed domem z jedną, dużą walizką. Lekko się uśmiechała przez łzy i paliła papierosa. Wyciągnęłam go jej z ust i sama parę razy się zaciągnęłam. Poprowadziłam siostrę do samochodu i wrzuciłam jej bagaż na tylne siedzenie.
- To co się stało? -spytałam odpalając silnik – Czemu wzięłaś?
- Nie ćpam, Charlie. Mój dzisiejszy stan to efekt przedawkowania tabletek przeciwbólowych. Myślałam, że matka zwróci na mnie uwagę, zrozumie ile zła nam wyrządziła. Ale ona... Chodziła po rady do tych kwok z kościoła. A wiesz jakie one są. Straciłam ich sympatię dwa miesiące po twoim wyjeździe, jak olałam kościół. Całe społeczeństwo zrobiło sobie ze mnie kozła ofiarnego.
- Głupia – mruknęłam – Mogłaś uczyć się na moich błędach.
- Myślałam... - szepnęła – Myślałam, ze jak się zbuntuje matka się mną zainteresuje.
- Dzwoniłam tyle razy. Czemu nic mi nie powiedziałaś? No czemu?!
Zamilkła na chwilę, patrząc się pustym wzrokiem w krajobraz za szybą. Jedna łza popłynęła jej po policzku, aby po chwili zniknąć w czerni materiału bluzki.
- Myślałam, że masz mnie gdzieś. Że skoro tobie się udało, zapomniałaś o mnie...
- Nigdy! Kocham Cię, siostra. I przepraszam, ze jedynie dzwoniłam – już dawno powinnam była cię odwiedzić...
Gwałtownie obróciła się w moim kierunku. Jej, zazwyczaj czysto błękitne oczy, zmieniły barwę na szarą, co było normalne, kiedy denerwowała się, albo była wściekła. Albo i jedno i drugie.
- Wiesz co? Nie przepraszaj. Myślisz, ze jedno głupie słowo załatwi te wszystkiego miesiące, a nawet lata podczas których ciebie nie było?! Kiedy ty miałaś problemy, a ja byłam popularna to nigdy cie nie opuściłam. Zawsze znajdowałam się obok ciebie i pocieszałam. A ty...?Wielkie dzięki siostra za nic.
- Ale...
- Zamknij się, Charlie. Im szybciej do ciebie dotrze, jaką ogromną egoistką jesteś tym lepiej dla wszystkich.
Reszta podróży upłynęła w ciszy, która obezwładniała każdy mój członek z osobna i wypalała wielką dziurę w sercu. Chciałam coś powiedzieć, wyjaśnić jej wszystko, ale jakoś tak... Zabrakło mi słów. Jakim trzeba stać się człowiekiem, aby przy własnej siostrze czuć się obco? Ale co prawda, to prawda. Mary miała racje. Tak bardzo goniłam za kasą, sławą, zawodem, że zapomniałam o życiowych priorytetach.
Zapomniałam o niej.
przeczytałam, troszeczkę mi się ciągnęło, ale jest ok :)
OdpowiedzUsuńczekam na następny rozdział ;)
PS- kawał dobrej roboty z opowiadaniem o Different Mary
Smutno tak jakoś :( no cóż.. Nie zostaje mi nic innego, jak życzyć Ci powodzenia i weny oczywiście : D
OdpowiedzUsuńmaasz idealny styl pisania... :) szkoda, że to już koniec!
OdpowiedzUsuńale i tak dodaję do obserwowanych
jaki koniec? to opowiadanie dopiero się rozkręca, tyle że brkauje mi na nie weny. potrzebuję troche czasu i jak rusze z pisaniem to znowu napiszę całe opowiadanie w pół roku ;D
OdpowiedzUsuńszczerze powiedziawszy, myślałam, że pociągniesz ten wątek z nocną imprezą, a tu ni stąd ni zowąd - powrót do przeszłości. ale wyszło nawet ciekawie ;)
OdpowiedzUsuńświetne! tyle czekania i się nie zawiodłam. Bardzo mi się podoba jak piszesz.
OdpowiedzUsuńJeden malutki minusik. Bo skoro to się dzieje w LA to chyba nie znają tam takiego pojęcia jak moherowe berety, bynajmniej nie tak jak my, ale to taki szczegół.
Czekam z niecierpliwośćią na nastepny rozdział ;)
kiedy kolejny rozdział? niecierpliwię się ;)
OdpowiedzUsuń