W życiu bywają takie chwile, kiedy człowiek ma ochotę zapaść się pod ziemię i zostać tam na zawsze. Czasem wszystko idzie wręcz odwrotnie, niż byśmy chcieli, a tobie wydaje się, że bóg, fatum, los, czy w co tam wierzysz, się na ciebie uwziął.
- Bosko, po prostu bosko – mruknęłam – Mam przed sobą playboya w podeszłym wieku, a na głowie mnóstwo problemów. Już nic mnie nie zaskoczy.
- Mała? - usłyszałam za sobą jego cichy głos. - Myślę jednak, ze się mylisz.
- Co? - warknęłam – Facet, nie masz innych zajęć? Idź sobie.
- Okej, mogę sobie iść. Mnie to tam rybka. Inna marzyłaby o spotkaniu mnie, no ale widać chyba się dziś rano czymś w głowę uderzyłaś. Ale chciałem ci tylko powiedzieć, że... Ptak cię osrał.
No świetnie! Błagam, niech ten dzień się już skończy. Czuję się jak w jakiejś beznadziejnej komedii. Najchętniej poszłabym do jakiejś knajpy, urżnęła się w trzy dupy i zasnęła pod mostem. Moje życie było wypełnione rutyną. Budziłam się, myłam, pędziłam do szkoły, wieczorami pracowałam, zmęczona wracałam do domu i momentalnie zasypiałam. Dodatkowo nie miałam nikogo, przed kim mogłabym się otworzyć i zwyczajnie pogadać. Z rodziną byłam w napiętych stosunkach, przyjaciele zwyczajnie mnie olali, a chłopaka nie posiadałam.
Czasem brakowało mi tego. To znaczy jakiegoś towarzystwa, wspólnych zabaw, wypadów, imprez... Ale od jakiegoś czasu nie czułam zbytniej potrzeby wychodzenia do ludzi. A teraz... Nie mam do kogo zwrócić się o pomoc, ani z kim pogadać. Chyba jedynym wyjściem jest picie do lustra, samotnie, w towarzystwie Filipa. Mojego kota znaczy się.
Miałam gdzieś Jareda oraz to, że ceniłam go za rolę w filmach i za muzykę. Nie, nie byłam fanką, ale... Uważałam, że ma talent. Jednak teraz... Nie obchodziło mnie kim jest ten zapatrzony w siebie egoista. . Z resztą godności jaka mi pozostała odwróciłam się i odeszłam w bliżej nieokreślonym kierunku. Nie chciałam wracać do pustego mieszkania, znów siedzieć tam sama, płakać , przytulając się do wielkiego misia, którego lata temu przyjaciele dali mi na urodziny.
Nie wiem w jaki sposób dotarłam do mojego samochodu zaparkowanego na parkingu, niedaleko parku i odpaliłam silnik. Krążyłam jak głupia zatłoczonymi ulicami, nie wiedząc dokąd zmierzam. W końcu dotarłam w jedną z gorszych dzielnic Los Angeles. Nie wiedząc czemu lubiłam takie speluny.
Weszłam do jednej z knajp znajdujących się w owej nieciekawej okolicy. Od razu uderzyło mnie przyjemne, chłodne powietrze. Zajęłam miejsce w najdalszej części sali i wyciągnęłam papierosy z torebki. Niby rok temu rzuciłam, ale... Różnie to w życiu bywa. Czasem wydaje nam się, że od czegoś się uwolniliśmy, a mimo to nasze durne przyzwyczajenia wciąż wracają.
- Podać coś? - przy moim stoliku stanęła kelnerka – Decyduj się szybciej, dziewczyno, bo nie spędzę tu całego dnia.
- Zimną colę.
Zaśmiała się.
- Za święta na to, żeby wypić wódkę? W sumie racja. Nie jesteś stąd.
- Prowadzę. - odrzekłam chłodnym tonem. Chociaż w sumie... Podeszłam do baru i skorzystałam z telefonu, dzwoniąc do jednego z byłych znajomych z uniwersytetu. Koleś wisiał mi przysługę, także mógł mi odholować samochód pod dom. A ja mogłam zostać tu na dłużej.
- Gin z tonikiem proszę.
* * *
Boże, ale ja jestem głupia! Nigdy więcej nie pije tak zróżnicowanych gatunków alkoholowych trunków i w takiej ilości, co wczoraj. Nawet nie wiem w jaki sposób dotarłam do domu. Pamiętam jedynie, że wychodziłam z knajpy, a potem... No cóż. Film się urywa.
Zwlekłam się z kanapy, czołgając się do lodówki. Wyciągnęłam z niej lodowatą wodę i oblałam sobie twarz. Może to mnie lekko otrzeźwi. W końcu dziś poszukiwania pracy dzień pierwszy. Bosko.
Włączyłam telewizor. Nie ma to jak dodatkowe tortury. Każdy dźwięk był katorgą dla moich uszu, a dodatkowo... Na MTV teledysk do Kings and Queens, na MTV Rock do Closer To The Edge... Czy on się na mnie uwziął? Nie dość, że się przed nim zbłaźniłam dwa razy, to teraz jeszcze mnie nęka nawet w moim własnym, prywatnym domu. Parszywy egoista.
„ Inna marzyłaby o spotkaniu mnie, no ale widać chyba się dziś rano czymś w głowę uderzyłaś.” Jemu się wydaje, że kim on jest? Pępkiem świata? Wkurzona przełączyłam na jeden z kanałów przyrodniczych i obserwowałam pasjonujące życie meduz. Lepsze to już od pana Leto w jakiejkolwiek odsłonie.
Pamiętam jeszcze czasy, kiedy Thirty Seconds to Mars, a raczej ich muzyka, każdego dnia podnosiła mnie na duchu. Mój pierwszy koncert tego zespołu zaliczyłam w 2006 roku, w wieku siedemnastu lat. Zabrał mnie na niego tata, robiąc mi urodzinową niespodziankę. Jednak każdy fan zauważył, że z biegiem czasu się zmienili. I, szczerze mówiąc, nie kręciła mnie sztuczność w wykonaniu Jareda, także przestałam jeździć na koncerty oraz festiwale. Nie interesowało mnie już w jakim nowym filmie zagrał Jared, ani jakie nowe akcje organizuje amerykański Echelon. Być może po prostu dorosłam. W końcu ma się te swoje dwadzieścia jeden lat.
Rzuciłam przelotne spojrzenie na mały stoliczek. W brązowej, drewnianej ramce stało jeszcze zdjęcie, które dawno już miałam wyrzucić. Wzięłam je do ręki obrysowując koniuszkiem palca wskazującego twarz osoby znajdującej się obok mnie. Mike. Rok wyjęty z życia, trzysta sześćdziesiąt pięć dni chorej farsy, którą kiedyś nazywaliśmy miłością.
Zamknęłam oczy, przypominając sobie każdą chwilę, spędzoną wspólnie. Nasze wypady nad pobliskie jezioro, do klubów, wyjazdy do jego i moich rodziców. Wkurzona, rzuciłam zdjęciem o ścianę, krzywiąc się z bólu, kiedy ramka potłukła się, a szkło spadło na podłogę.
Głowa wciąż bolała, a ja pogrążona w świecie wspomnień, całkowicie o tym zapomniałam. Chyba wciąż go kochałam, jakąś milimetrową cząstką mojego serca. Cała reszta go nienawidziła.
Zniszczył wszystko.
Zniszczył nas.
Zniszczył mnie.
* * *
Weszłam do jednego z popularniejszych klubów w Los Angeles, poprawiając dół białej sukienki. W dłoniach trzymałam teczkę z papierami i moim jakże bogatym Curriculum vitae. Zawinęłam za ucho samotny kosmyk., który wydostał się z ciasnego koczka, odetchnęłam głęboko i zapukałam w drzwi prowadzące do gabinetu menadżera owego miejsca. Miałam nadzieję, że uda mi się zdobyć tą pracę, gdyż jeżeli ZNOWU mi odmówią, to krzyżyk na drogę i szukanie godnej miejscówki pod mostem. Ale nie, trzeba być dobrej myśli, prawda?
Niepewnie uśmiechnęłam się do młodego mężczyzny siedzącego za biurkiem, a on kiwnął ręką, dając mi do zrozumienia, że mam usiąść. Zajęłam więc miejsce na miękkim krześle i złączyłam ręce ze sobą, zdenerwowana błądząc wzrokiem po całym pomieszczeniu.
Mężczyzna wziął do ręki moje dokumenty i zaczął śledzić wzrokiem czarne rzędy małych literek.
- Pani Charlotte Evans... - mruknął – Studiuje pani na Stanfordzie?
- Nie, już nie. - odpowiedziałam zażenowana – Niestety, nie udało mi się zdać egzaminu.
- Widzę również, że pracowałaś w paru lepszych restauracjach, także owy fach nie jest ci zupełnie obcy. W większości dobre referencje, także nie widzę przeszkód w przyjęciu cię do nas. A fakt ukończenia kursu z fotografii jest twoim wielkim atutem, gdyż raz na tydzień mogłabyś robić zdjęcia na akustycznych występach. Prowadzimy coś w rodzaju wystawy. Tylko wcześniej musiałbym zobaczyć twoje prace. Zgoda?
- Oczywiście, proszę pana. - powiedziałam, szczerząc się do niego jak głupia – Dziękuje za...
- Nie ma sprawy. - uśmiechnął się lekko – I mów mi James. Nie jestem jakiś strasznie stary, żeby zwracać się do mnie per „pan”. Dobrze, zresztą nieistotne. Przy barze znajdzie Val. Wprowadzi cię w zasady panujące tu, a wieczorem już zaczniesz. Jeżeli dobrze przejdziesz dzisiejszy chrzest, spiszesz się jutro podpiszemy umowę.
Pożegnałam się z nim oficjalnym „do widzenia: i wyszłam z pomieszczenia, szukając wzrokiem dziewczyny, która miała mi pomóc zadomowić się tutaj. Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Takie miejsca rządzą się własnymi prawami, panuje tu hierarchia. Ale cóż, czasami trzeba spuścić głowę i funkcjonować dalej, niezależnie jak trudno by nie było.
Podeszłam do baru, przy którym urzędowała niepozorna brunetka. Wysoka, ubrana w czarną, obcisłą bokserkę i dżinsowe szorty, myła mahoniowy blat tańcząc do muzyki, wydobywającej się z jej wielkich słuchawek.
Stanęłam dokładnie naprzeciw brunetki i pomachałam jej ręką przed oczami. Wyłączyła muzykę i wyczekująco spoglądała na mnie.
- Cześć. Jestem nowa, a ty, z tego co wiem, masz mnie we wszystko wprowadzić.
- Okej – mruknęła – Pracowałaś już kiedyś w takim miejscu?
- Tak. Parę razy pracowałam jako kelnerka w znanych klubach, a ponad to w weekendy latam na zlecenia. Wiesz... Jakieś wesela, imprezy urodzinowe i tak dalej. Także nie jestem totalnie zielona w tym temacie.
- Okej, czyli nie muszę wszystkiego ci tak dokładnie tłumaczyć. Musisz jednak pamiętać, że to miejsce różni się zapewne od tych, w których pracowałaś wcześniej. Jeżeli zobaczysz jakąś gwiazdę podchodzącą do baru, albo siadającą na sali zachowuj się normalnie. Tutaj to norma. Co tydzień odbywają się sesje akustyczne. W zeszłym miesiącu gościliśmy My Chemical Romance, a tydzień temu Boys Like Girls. Często odbywają się tutaj huczne imprezy, także musisz zakodować sobie, że jeżeli któryś z celebrytów przegnie wywalasz go za drzwi, albo wołasz ochronę. Tutaj nie ma hierarchii pt. „ Byłem na okładce znanego magazynu, moje teledyski lecą na MTV to uważam się za lepszego”. A zdarzają się tacy... Pewnie dziś pracujesz na próbę, James zawsze tak sprawdza nowe. Przygotuj się na sporo pracy, dziś będzie tutaj sporo osób, gdyż Joe Jonas urządza swoje urodziny. Cała elita. Pamiętaj tylko o jednym – jak dziś dasz się im stłamsić, przyćmić tą cholerną sławą, nie wytrzymasz dłużej niż tydzień.
Kiwnęłam głową na znak, ze rozumiem
- Okej, chyba wszystko jasne. Bądź o siedemnastej i błagam cię ubierz się... Inaczej.
* * *
Impreza trwała w najlepsze. Kursowałam od baru do poszczególnych stolików, a nie dość, że po paru godzinach pracy byłam strasznie zmęczona, to dodatkowo muzyka solenizanta katowała moje uszy. Na parkiecie wiły się dziewczyny, ubrane bardzo skąpo, które chciały, aby średni Jonas je zauważył. Moją uwagę jednak przykuł ktoś zupełnie inny, siedzący pod ścianą i uśmiechający się pobłażliwie, obejmując drobną blondynkę.
Jared Leto. Tym razem różowy kolor z irokeza zniknął, ustępując miejsca platynie. Podeszłam do nich i z chłodną obojętnością podałam zamówione drinki. Szanowny pan wokalista oczywiście mnie nie poznał, zajmując się swoją bardzo młodą towarzyszką. Zastanawiało mnie, czy owa dziewczyna ukończyła osiemnaście lat. Szczerze w to wątpiłam.
Podeszłam do innego stolika, ignorując fakt, że czasami jeden, czy też drugi upity gwiazdor przejechał dłonią po moim tyłku. Liczyłam od zera do dziesięciu, próbując się uspokoić i w ten sposób udawało trzymać mi się język za zębami.
Lubiłam taki pęd. Wtedy nie miałam czasu na rozmyślania. Liczyła się tylko szkoła ( dawno i już nie prawda) oraz praca. Nie potrzebowałam czasu dla siebie, dla znajomych, których nie posiadałam, na nowych partnerów.
Owszem, byłam pracoholikiem. I co z tego?
Wróciłam z powrotem do baru i stanęłam zza ladą. Miałam nadzieje, że goście dadzą mi chwile na wytchnienie, zanim rozpoczną się nowe zamówienia. Obserwowałam bawiący się tłum, gwiazdkę Disneya wydzierającą się na scenie oraz całą resztę. Szczerze? Chciało mi się śmiać. Uważali się za kogoś lepszego od innych, a prawdą było to, że większość z nich była zwykłymi, uzależnionymi od seksu, alkoholu, narkotyków, czy innego świństwa, ludźmi. Nic specjalnego, nic nadzwyczajnego – zwykła przeciętność podana w odpicowanej oprawie.
Dusiłam się pośród tych wszystkich osób, mających mniemanie, że są kimś lepszym. Te pogardliwe spojrzenia, ukradkowe śmiechy, traktowania obsługi jak niewolników. Kim oni byli, żeby tak traktować innych? T złapałam kontakt wzrokowy z Jaredem, ale momentalnie odwróciłam głowę wracając do swoich zajęć.
Jeszcze tylko cztery godziny i upragniony koniec ...
________________________
za błędy z góry przepraszam.